Zabawy w Uboczu

                       Dziś są rzadkością, do lat dziewięćdziesiątych były jedną z najważniejszych imprez kulturalnych w Uboczu. Przez jednych nazywane potańcówką, przez większość po prostu zabawą. Przez krótki okres czasu funkcjonowała też „patelnia”, czyli  betonowy placyk w Środkowym Uboczu (majątek) - orkiestra to rodzina Baszaków: Józef z harmonią, Mieczysław ze skrzypcami i Władysław jako perkusista. Wiele obecnych małżeństw zawdzięcza swój związek pierwszemu zalotnemu spojrzeniu, pierwszemu tańcu z tą upatrzoną – z tym wybranym. Wiele przyjaźni, znajomości było zawieranych przed bufetem, dla wielu zabawa była też miejscem na wyrównywanie rozmaitych krzywd prawdziwych i urojonych. Była imprezą ujętą w ramy organizacyjne, z pewnym ceremoniałem zmieniającym się w zależności od zawirowań politycznych i zmiany upodobań uczestników. Zabawa organizowana była przez samych mieszkańców wsi, bez narzucania czegokolwiek z góry, nie ubiegano się o zgodę cenzury celem zatwierdzenia programu imprezy.

                        Aby  się odbyła, musieli się znaleźć chętni do jej zorganizowania, mający określony cel – z reguły finansowy. Obok Komitetu Rodzicielskiego, Ochotniczej Straży Pożarnej, Koła Gospodyń Wiejskich i Ludowego Zespołu Sportowego „Zryw” – organizacji działających na terenie wsi, znajdowali się ochotnicy, najczęściej z Gryfowa Śląskiego, gdzie Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej miała sporą siłę przebicia. Pomiędzy tymi wszystkimi organizacjami trwała rywalizacja w pewnych okresach dziejowych o salę, o termin zabawy. Najpierw z odpowiednim podaniem udawano się po stosowne zezwolenie do władzy gminnej, na określony termin po wcześniejszym wywiadzie, kto w gminie gryfowskiej, lubomierskiej i olszyńskiej sposobi się do podobnego przedsięwzięcia. W kasie gminnej wpłacało się niewielką kwotę lub wykupowało znaczki skarbowe i mając już zgodę można było załatwiać pozostałe formalności. W pierwszej kolejności potwierdzenie rezerwacji sal tanecznej i załatwienie odpowiedniej orkiestry. Przez lata w Uboczu królowała orkiestra Jana Porzuca i Czesława Tarłowskiego (Iluzjon 66), w latach siedemdziesiątych renomę zdobył sobie zespół Edwarda Cybulskiego i Zbigniewa Sieradzkiego. Oceny orkiestr były różne, od zachwytu po totalną krytykę. W zasadzie rzecz gustu, upodobań. Każdy z tych i innych zespołów grywających na zabawach, weselach i innych imprezach najczęściej był kwartetem, z następującym zestawem instrumentów muzycznych:

1966 - 1972   akordeon, trąbka, perkusja, saksofon, gościnnie skrzypce      

1972 - 1976   akordeon (organy), trąbka, perkusja, saksofon

1976 - 1980   organy (akordeon), perkusja, saksofon, klarnet, trąbka, gościnnie gitara

1980 - 1985   organy (akordeon), klarnet, saksofon, trąbka, perkusja, gitara 

                     prowadząca i basowa

                        Każdy afisz informował o doskonale zaopatrzonym bufecie. Inny to był bufet w latach pięćdziesiątych, inny w siedemdziesiątych, a inny w okresie stanu wojennego. W zasadzie bufet jako pomieszczenie się nie zmieniał, różny zaś był asortyment towaru. Początkowo alkohol w butelkach 0,5 litrowych lub nawet litrowych i piwo, później masowo pitym alkoholem były różnego rodzaju wina owocowe, które można nazwać ogólnie jako mało markowe. Do ich picia sprzedawano lub brano musztardówki, później literatki i szklanki (ich brak na rynku nigdy nie dawał się odczuć na zabawie – tajemnica organizatorów). Zaopatrzenie w alkohol było różne  w zależności od ekip rządzących, nie brakowało go w zasadzie do 1980 roku, później były kłopoty, a ich nasilenie nastąpiło w stanie wojennym, gdy alkohol był racjonowany. Od końca lat czterdziestych do końca lat osiemdziesiątych nie było większych problemów z zapewnieniem tzw. „zagrychy”. Zawsze były kanapki z wędliną i ogórkiem, czasami wędlina na gorąco, różnego rodzaju domowe sałatki, ciasto. Często bywał do lat sześćdziesiątych śledź, rzadko chleb ze smalcem i margaryną. Nie brakowało ciastek, cukierków, batoników. Obowiązkowo do lat osiemdziesiątych musiała być w bufecie czekolada deserowa. Nie brakowało wody mineralnej, oranżady czy wody sodowej. W towar z różnych względów zaopatrywano się w sklepach ubockich, rząsińskich, rzadziej olszyńskich czy gryfowskich. Prowadzeniem bufetu najczęściej zajmowali się sami organizatorzy, którzy nierzadko wyręczali się sprzedawcami ze sklepów w Uboczu.

                              Ale zanim przywieziono bufet na miejsce zabawy, należało zatroszczyć się o odpowiednią reklamę. A były nią afisze, rozmiaru A-2 (60x42) lub A-1 (80x60). Najczęściej był to biały bristol – też w zasadzie towar deficytowy. Druk był ręczny, do lat osiemdziesiątych za pomocą redisówek o rozmiarach 2,4,6 mm, trzy kolorowy (czarny, czerwony, niebieski), czasami dodawano kolor żółty lub zielony. W latach osiemdziesiątych zaczęto stosować różnego rodzaju mazaki i flamastry, choć trzeba przyznać afisz kreślony tuszem prezentował się lepiej i był bardziej odporny na opady atmosferyczne. Afisze rozwieszano w określonych miejscach – w Uboczu przy świetlicach, sklepach, przed kościołem, najczęściej na drzewach. Typowy afisz zawierał następujące informacje: organizator, termin zabawy, nazwa zabawy, miejsce zabawy, jej początek, nazwa orkiestry, ceny biletów i wzmiankę o obficie zaopatrzonym bufecie.

                               Biletów w przedsprzedaży oprócz zabaw zamkniętych (karnawałowych) nie było. Kupowano je przed wejściem do sali tanecznej, ceny raczej były umiarkowane. W celu przeciwdziałania różnego rodzaju przekrętom związanych z biletami, organizatorzy jak mogli tak się zabezpieczali przeciwko różnego rodzaju próbom oszustw. Bilety albo były wyrywane z gotowego bloku drukowanego albo wykonane metodą chałupniczą (zeszyt szkolny podziurkowany maszyną do szycia). Każdy z nich posiadał pieczątkę, rzadziej podpis. Wychodzący z sali otrzymywali kontrolkę. Mimo prób uszczelnienia obiegu – bilet – kontrolka – uczestnik, i tak zdarzały się bardziej lub mniej udane wejścia trzech osób na jeden bilet.

                              Co grano na zabawach, jakie były szlagiery, ulubione melodie.? Co innego grano w latach pięćdziesiątych, co innego u schyłku lat osiemdziesiątych. Początkowo królowały melodie przedwojenne, żołnierskie, ludowe i szlagiery epoki Bieruta i wczesnego Gomułki. Lata sześćdziesiąte to jeszcze stary repertuar z nowinkami w postaci twista. Lata siedemdziesiąte to prawdziwa rewolucja. Przeboje polskie i zachodnie stawiają nowe wymagania przed zespołami muzycznymi jak też tańczącymi. Obok typowych tańców zwanych klasycznymi należało się uczyć nowych, jakże odmiennych od klasycznych. Istniał też zwyczaj zamawiania melodii czy tańca, za pewną opłatą. Zapewne do historii wsi przejdzie Jan Prejma i jego „Cisza”. Tańczono szybko i zamaszyście. Nie było utworu, melodii którego na sali by nie tańczono. Co prawda style były różne, od chodzonego poprzez zgięty, podłogowy czy też przytrzymujący. Uczono się tańczyć. Jedni byli mniej lub bardziej pojętni, innym dopiero napoje rozgrzewające dodawały odwagi. Byli też i tacy którzy z reguły sprawdzali kąt prosty pomiędzy parkietem a ścianą.

                                  Dla ochrony parkietu i lepszego poślizgu organizatorzy rzucali wióry ze świeczek. Kreacje, zwłaszcza pań były różne. Od wykwintnych po skromne własnego pomysłu. Panowie raczej w garniturach, młodzież hołdowała raczej swetrom i wdziankom. Styl oficjalny zaczyna upadać w latach siedemdziesiątych, zaczęto chodzić na zabawy ubranym bardziej luźno. Była też instytucja białego walczyka, kiedy to panie prosiły panów do tańca. Żony naprędce szukały mężów, narzeczone narzeczonych, panienki swoich chłopaków. A oni w tym czasie sprawdzali pogodę na dworze doskonale pamiętając, że pozostanie na sali łączy się z kupnem po tańcu w bufecie czekolady i obdarowanie nią swojej partnerki. Przekrój wiekowy uczestników zabaw stale się zmieniał. O ile na przełomie lat 40/50 do początku lat sześćdziesiątych na równo brylowała młodzież i starsi (repatrianci i osadnicy wojskowi), o tyle w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych młodzież zaczyna stanowić większość, aby w latach osiemdziesiątych niepodzielnie panować na parkiecie.

                            Zabawy to także niezliczone burdy, bijatyki, nieporozumienia zbiorowe (najbardziej znaną była potyczka Ubocze-Gryfów, kiedy to młodzieńcy tych dwóch miejscowości zdemolowali salę p.Fila). Wątpliwości wyjaśniano od razu na sali lub przed nią z ominięciem drogi sądowej lub interwencji milicji. A jeżeli już patrol milicji mniej lub bardziej oficjalny zawitał w pobliże sali tanecznej, to znany był z uproszczonego postępowania egzekucyjnego, które omijało zbędną biurokrację, terminy i w ogóle cały kodeks karny. Przebieg zabawy, spokojny czy też burzliwy można było osądzić w niedziele rano idąc do kościoła po widoku a raczej ilości wyrwanych sztachet z płotów w okolicach sali tanecznej. Na zabawach zawierano znajomości, załatwiano różne interesy. Rodziły się miłości i sympatie. Zgrozę zwłaszcza u starszego pokolenia w niedzielę rano budziły niektóre elementy garderoby, zwłaszcza damskiej porzucone w pobliżu zabawy.

                                 Ubocze do dnia dzisiejszego posiada trzy duże sale taneczne. Ich nazwy afiszowe: „U Fila” p.Fila , „Pod Kasztanami” p. Sarzyńskiego, „Pod Lotnikiem”. Dwie pierwsze szybko stały się budynkami z salą taneczną w rękach prywatnych, ostała się trzecia w zarządzie władz samorządowych gminy Gryfów Śląski. Sala p.Fila znajduje się na rozdrożu łączącym Ubocze z Gryfowem Śląskim, Rząsinami i Oleszną Podgórską, sala p. Sarzyńskiego rzeczywiście pod kilkoma kasztanami w pobliżu stacji kolejowej, a „Pod Lotnikiem” w bezpośredniej bliskości skrzyżowania dróg prowadzących do Olszyny i na Kolonię. Nazwa „Pod Lotnikiem” została nadana z racji wydarzenia w ostatnim miesiącu II wojny światowej, kiedy to na otwartym polu przy Kolonii rozbił się myśliwiec rosyjski wcześniej trafiony przez Niemców. Każda zabawa taneczna w dzisiejszym rozumieniu była biznesem. Miała po prostu przynieść określony dochód, niezbędny dla funkcjonowania danej organizacji. Zysk przeznaczano między innymi: na paczki dla dzieci w szkołach, spotkania organizacyjne strażaków ochotników, piłki dla elzetesowców, wzbogacanie w treści merytoryczne zebrań członków różnych organizacji i wiele innych. Wokół dochodów z zabaw funkcjonowało wiele prawd, mniej lub więcej ukrytych. Dla ich przybliżenia: w rubrykę dochód wpisywano najczęściej wpływ ze sprzedaży biletów (czasami ponad 250), bufetu (potrafiono sprzedać przez noc ponad 300 butelek alkoholu), czasami innych groszowych elementów zabawy (np. kotyliony i czapki  na zabawach karnawałowych). Rubryka wydatki była bardziej obfita w szczegóły. Składała się głównie z opłat i wydatków poniesionych na:

- opłata za zezwolenie

- koszty delegacji związanej z załatwieniem orkiestry

- orkiestra

- posiłki dla orkiestry wraz z napojami

- świeczki na wiórki

- wypisanie afiszy lub zakup materiałów piśmienniczych

- bloczki biletów

- transport bufetu ze sklepu do świetlicy

- poczęstunek dla organizatorów, milicji w trakcie zabawy

- palenie w piecu (w okresie od jesieni do wiosny)

- odwiezienie bufetu po zabawie

- wynajęcie sali prywatnej i opłata stała u zarządcy sali „Pod Lotnikiem”

- sprzątanie sali i obejścia po zabawie

- wynagrodzenie dla prowadzącego bufet (były różne rozwiązania)

                             Zysk (jeżeli był) był tym większy, im więcej sprzedano biletów i alkoholu. Były zabawy przynoszące zysk równy dzisiejszym 10 przeciętnym wynagrodzeniom netto – a więc duży. Były też zabawy niedochodowe, gdzie po rozliczeniu zostawało dosłownie parę groszy lub gdzie trzeba było do niej dopłacać z organizacyjnej kasy. Jak by nie patrzeć – zabawa w Uboczu była wydarzeniem, o którym mówiło się dwa tygodnie przed i długo, długo po jej zakończeniu.